Przyzwyczailiśmy się, że czytamy etykiety produktów spożywczych. Tymczasem składu kosmetyków nie studiujemy już tak dokładnie. Niby wiemy, że warto, aby nie zawierały jakichś tam parabenów, ale o parafinie, wazelinie, olejach silikonowych czy glikolach propylenowych mamy już blade pojęcie. Omija nas przy tym świadomość, że istnieją kremy, które można nie tylko wklepać w skórę, ale niemalże zjeść. Zachęcają do tego czystą barwą i smakowitym zapachem.

Moda na ekokosmetyki przyszła do nas z Zachodu i zatacza coraz szersze kręgi. Rośnie świadomość ekologiczna Polaków, którzy wybierają to, co przyjazne środowisku i im samym. Wciąż otwierają się sklepy z żywnością ekologiczną i knajpki ze zdrowymi przekąskami.

Ten trend widać także na półce z kosmetykami. Najbardziej rzutcy z nas założyli start-upy i podbijają nie tylko rodzimy rynek. Przywiązana do naturalnych, łagodnych składników jest Anna Pikura, która ze swoją firmą zadebiutowała w 2010 roku na targach w Bolonii. Co rzadkie, pod jej marką od początku działają też salony kosmetyczne.

Pragnąc zadowolić najbardziej wymagających klientów, Anna Pikura sprzedaje swój flagowy produkt „Sacrum. Źródło Młodości” w złotym słoiczku, który z kolei umieszczony jest w eleganckim woreczku. Koszt też jest ekskluzywny: 1,5 tys. zł. Kosmetyk zawiera za to tylko naturalne i smakowicie brzmiące składniki, takie jak m.in.: tetrapeptyd młodości, odmładzający sok z bażyny czarnej czy wreszcie ekologiczny olej z nasion dzikiej róży piżmowej. Co ciekawe, krem należy przechowywać w lodówce w temperaturze od 5 do 20 stopni i wyjmować tylko na czas użycia.

W ślady Anny Pikury poszły Daria Prochenka i Justyna Szuszkiewicz, tworząc ponad dwa lata temu markę Clochee. Nazwa marki organicznych kosmetyków wzięła się od dźwięcznego słowa francuskiego słowa „cloche”, oznaczającego dzwonek i kojarzącego się z kwiatami i naturą.

Panie poszły dalej, angażując do współpracy jedną z najpiękniejszych polskich modelek, Agnieszkę Maciąg.Kilka lat temu zmieniłam swoje życie. Jestem teraz inną, bardziej świadomą kobietą. Żyję w zgodzie z naturą i samą sobą – tłumaczy swoją działalność modelka. Założycielki marki podkreślają z kolei, że mają takie same problemy ze skórą i upływającym czasem jak reszta Polek, chcą więc przekazać kobietom kosmetyki, których same używają i potrzebują. A główne motto marki brzmi: „Nie odkładaj do jutra przyjemności, którą możesz mieć dzisiaj”.

Podane na ciele
Kto czytał „Wyznania gejszy” Arthura Goldena, ten zapewne marzył o podobnych zmysłowych grach erotycznych w zaciszu własnej sypialni. Znakomitym dodatkiem do pachnących olejków do masażu i zwiewnych szatek może być smakowy puder do ciała. Rozświetli te miejsca, które powinny zostać wyeksponowane, nada słodkiego aromatu naszej skórze i będzie sprzyjał miłosnym igraszkom.

Prekursorem jest tu Thierry Mugler, który nie tylko zamknął swój zapach „Angel” w wykwintnej pudernicy, lecz także zaoferował wymienne wkłady, którymi można uzupełnić efektowne puzderko. Na miłośników angażowania w sypialni wszystkich zmysłów czeka też seria erotycznych kosmetyków do ciała firmy YESforLOV. W ofercie: delikatny puder o aromacie ciasteczkowym, jadalna farba o smaku truskawkowego sufletu czy wreszcie waniliowy olejek do masażu. I tylko od naszej fantazji i pomysłowości będzie zależało, czy te smakowite kosmetyki wystarczą za cały deser. Sephora nie pozostaje w tyle, proponując erotyczne kosmetyki o smaku znanych afrodyzjaków – od truskawek począwszy, a na szampanie skończywszy. Jadalność przy tym całkowita, a i smak nie pozostawia niczego do życzenia.

Kosmetyk całuśny
Ma powiększać usta i zachęcać do całowania – błyszczyk. Używają go szczególnie te z nas, których natura nie wyposażyła w wydatne usta. Błyszczyki często mają w składzie substancje naturalnie drażniące, takie jak mięta pieprzowa, imbir czy papryczka chili, które powodują pieczenie ust. Wskutek podrażnienia wargi delikatnie się powiększają. Efekt jest oczywiście chwilowy, ale jego zaletą jest odwracalność – czego nie można powiedzieć o interwencji chirurgicznej.

Dlatego kobiety sięgają po błyszczyk nadzwyczaj często, a najpopularniejszym na świecie jest ten marki EOS – w 95% organiczny, a już w 100% wytworzony z naturalnych składników. Kosmetyki zawierają witaminę E, masło shea i olejek jojoba, które nawilżają i wygładzają nasze usta. Dziewczyny na świecie kochają go nie tylko za działanie, lecz także za ładne, nowoczesne opakowanie i wiele owocowych wariantów smakowych, które zachęcają, aby się nimi dzielić… podczas pocałunku.

W dodatku to smakołyk, od którego żadną miarą nie można przytyć! Dominika Gawlik, prowadząca videobloga o kosmetykach na Youtube Dominka21 podkreśla zalety EOSa: – Opakowanie balsamu jest wykonane z wysokiej jakości plastiku, który, jeśli spadnie, to nam się nie połamie. Nie otworzy nam się również w torebce i nie pobrudzi dokumentów czy zeszytów. Genialnie pachnie, co jest szczególnie ważne dla pań wrażliwych na aromaty. Jest bardzo słodki w smaku. A poza tym wygładza, usuwa suche skórki, nawilża – jednym słowem – same superlatywy. – dodaje.

Fot. Pixabay.com

Coraz częściej oglądamy się na doświadczenia starszych pokoleń – dziś nie tylko przywracamy dawne rodzinne receptury na domowe ciasta i przetwory, lecz także sięgamy do zwyczajów pielęgnacyjnych naszych mam i babć. Z wyboru – nie z konieczności, jak to miało miejsce w czasach mydełka Zielone Jabłuszko czy kupowanego w Peweksie dezodorantu 8×4. Braki w sklepach wymuszały inwencję, która objawiała się domowymi maseczkami robionymi z ogórka i jogurtu, miodowymi kremami czy peelingami z (prawie tak samo trudno dostępnej) kawy.

Dzisiaj powody się zmieniły, szukamy kosmetyków nieprzetworzonych, o przejrzystym i zrozumiałym składzie, które bardzo oddaliły się od tego, czym były w epoce przedindustrialnej. Odkrywamy przy tym, że dobry kosmetyk nie musi dużo kosztować i być technologicznie skomplikowany. Tak jak Ewa Pazera-Kwaczek, która po urodzeniu córki zaczęła wytwarzać kosmetyki metodą domową. – Postanowiłam stworzyć kremy dostosowane dokładnie do potrzeb skóry mojej rodziny, podobnie jak ubranie szyte na miarę od krawca. Korzystam przy tym tylko z naturalnych tłuszczów: olejów i maseł kosmetycznych. Dzięki temu mam produkty dziesięciokrotnie tańsze niż w sklepie, a równie dobre. – mówi. Po czym dodaje, że jej pomysły wymagały merytorycznego przygotowania.

My, mniej wyedukowane konsumentki, na początek poświęćmy jeden wieczór na domową kosmetyczną krucjatę: zajrzyjmy do lodówki i kuchennych szafek, gdzie mogą kryć się mali, urodowi pomocnicy. Z żółtek, oleju rycynowego, cytryny lub octu z jabłek ukręćmy odżywkę do włosów, która przywróci im kwaśne PH, a przy okazji zamknie ich łuski, korzystnie zwiększając gładkość i puszystość naszej czupryny. Ocet jabłkowy, jeśli zdecydujemy się go użyć, z kolei przywróci naszym kosmykom siarkę – składnik ich naturalnego budulca, keratyny. Zmieszajmy nawilżający jak balsam olejek kokosowy z cukrem, by stworzyć genialny peeling antycellulitowy. I wmasujmy sobie w ciało samą naturę, wytwarzając w naszej domowej manufakturze kosmetyk przeszłości i przyszłości zarazem.

Domowe mydło oliwkowe

1000 g (ponad litr) wytłoków z oliwek
127 g wodorotlenku sodu (NaOH, do kupienia w sklepach z odczynnikami i w hurtowniach chemicznych)
380 ml zimnej wody destylowanej (można dostać na stacjach benzynowych)

Dokładnie się ubieramy, najlepiej w rękawice gumowe, fartuch i okulary ochronne, bo ług, który powstanie z połączenia NaOH i wody, to silnie żrąca substancja. Odmierzamy 127 g wodorotlenku sodu i 380 ml wody, po czym umieszczamy wodę w niealuminiowym garnku. Następnie wsypujemy wodorotlenek do wody, mieszając drewnianą łyżką. Uważamy, by nie wdychać powstających oparów, a także nie wykonywać tych czynności w obecności dzieci czy zwierząt domowych. Ług wystudzamy do 40 stopni, z kolei oliwkowe wytłoki do tej temperatury podgrzewamy. Wlewamy powolutku ług do oleju (nigdy odwrotnie!), mieszając całość drewnianą łyżką. Masę przelewamy do jednej dużej formy lub mniejszych foremek o pożądanych kształtach. Owijamy w folię i ręcznik, a następnie odstawiamy w ciepłe miejsce. Po 24 godzinach wyjmujemy z mydło z formy, ewentualnie kroimy w mniejsze kawałki. Odstawiamy na 6 tygodni do leżakowania, aby użyte za wcześnie, nie podrażniło naszej skóry.